Facebook Instagram YouTube

W 2016 roku, miałem okazję przeprowadzić wywiad z Michałem Buddabarem. Wywiad, zlecony przez magazyn fotograficzny. Materiał powstał, został przez autora zaakceptowany, ale w magazynie się nie ukazał. Przeleżał w wirtualnej szufladzie blisko dwa lata. Odnalazłem go przypadkiem, całkiem niedawno.

Z perspektywy czasu, myślę, że to kawał ciekawej lektury, którą warto przeczyta!

Marcin Jędrzejczak: W wywiadach wspomina Pan o początkach swojej pasji
fotograficznej oraz o sesji i zdjęciu „Eden”. Od początku fascynowała Pana cielesność? Był to świadomy wybór tematu?

Michał Buddabar: Wstyd się przyznać, ale moje początki w fotografii były zupełnie nieświadome. Po pierwsze chciałem zaimponować dziewczynie, która fotografowała
analogiem. Po drugie perspektywa uczestnictwa w sesji gdzie będzie naga modelka nakręcała mnie, by chociaż tego spróbować. Kupując aparat analogowy nie miałem najmniejszego pojęcia o nim, a tym bardziej nie przypuszczałbym że zostanę fotografem.Chyba to było moje przeznaczenie – bym spotkał Martę na swojej drodze. Kiedy ona fotografowała nagą parę, pozwoliła mi też zrobić kilka zdjęć, spróbować. Oczywiście nie chciałem żadnych porad, użyłem aparatu w takich ustawieniach w jakich był zakupiony, a ostrość ustawiałem na centralny klin na matówce. Z całego negatywu wyszło tylko to zdjęcie – Eden. W sumie też przypadkowo. Uparcie chciałem zrobić zdjęcia kiedy modelka podaje małe jabłko modelowi, ale ona miała tak brzydkie paznokcie, że w końcu zdecydowałem się na podanie dłoni w taki sposób, by nie było ich widać. I tak wyszło coś, co całkowicie zmieniło moje życie. Dzięki aktywności Marty w świecie amatorskiej fotografii opublikowałem to zdjęcie na popularnych wtedy portalach fotograficznych. Zrobiło ono sensację, było wyróżniane i to mnie pociągnęło dalej. A czy interesowała mnie cielesność? Z perspektyw czasu i jego ocenie wygląda na to że tak, ale to był okres gdzie w żaden sposób nie rozmyślałem nad fotografią. Interesował mnie szczery przekaz – bez kombinacji.

 

Mam wrażenie, że Pańskie zdjęcia stoją w opozycji do popularnego w dzisiejszych
czasach ukazania ciała w sposób wygładzony, czy wręcz zseksualizowany do granic
możliwości. Skąd czerpie Pan inspirację do zdjęć?

Rzeczywiście zauważyłem, że w taki sposób jestem postrzegany. Naprawdę nie ma u mnie żadnej opozycji. Konsekwentnie robię swoje, nie trzymając się żadnych ram zdrowego rozsądku jak i teologii podręczników o fotografii. Dzięki temu śmiało mogę wychodzić poza wszelkie ramy, sztampę i takich obrazów, które na co dzień widzimy w wysypie publikowanej fotografii. Dziś praktycznie każdy, kto zakupi lustrzankę w markecie staje się „photography”. Widzimy duże podpisy w znakach wodnych na zdjęciach, a ja zawsze mówię: niech to właśnie Twoje zdjęcie będzie samym podpisem, stylem i charakterem. Inspirację biorę zazwyczaj z życia i obrazów, czy też zdjęć, które gdzieś w życiu widziałem i gdzieś mi się utrwaliły w głowie, jak jakiś sen. Ale tak naprawdę najlepsze zdjęcia jakie mi wyszły w życiu to te spontaniczne, przemyślane na miejscu, nie planowane i bez inspiracji. Po prostu umawiam się z ludźmi na zdjęcia i dopiero przy ocenie warunków takich jak pogoda, światło i predyspozycje modelki, czy modela podejmuje wyzwanie. Nie oszukujmy się, jest wiele modelek które mimo bogatego port folio w rzeczywistości, bez makijażu czy stylizacji, ledwo poznaję . Od razu ostrzegam, że ja nie używam Photoshopa, a czasami wprost mówię – że ja Ci ładnego zdjęcia nie zrobię, na co kiedyś w odpowiedzi usłyszałem: „Wiem, ładne już
mam”

 

Oglądając Pańskie prace widzę duże podobieństwo do zdjęć Dwayne Michaelsa. Oboje
macie podobny styl fotografii, tajemniczości i nieoczywistości. Można podejrzewać, że
jest to jedna z Pana dużych inspiracji. Jacy inni fotografowie Pana inspirują?

Muszę przyznać się, że aż wygoglowałem tego fotografa, bo ja tak naprawdę w nazwiskach znanych fotografów jestem analfabetą. Rzeczywiście widzę podobieństwo postrzegania świata. Aż z ciekawości w wolnej chwili zagłębie się biografię tego człowieka. Ale z ręką na sercu muszę przyznać, że nie znałem jego zdjęć i żadnego nawet nie kojarzę. Inspirowałem się za to Helmutem Newtonem. Myślę, że głównie dlatego, iż był on okrzykniętym najlepszym fotografem. Analizowałem wiele jego zdjęć i dostrzegłem praktycznie w każdym prowokację. Tę prowokację często sam uprawiam w fotografii, ale bardziej poprzez podejmowanie się tematów trudnych lub takich, o których się nie mówi. Helmut Newton bardziej operował erotyzmem, który szczególnie od lat 60 do 80 nie był jeszcze tak bardzo popularny w fotografii. Dzięki temu zyskał rozgłos i sławę, co potwierdziło się w jego biografii, która też w jakiś sposób została napisana prowokacyjnie, pod publiczkę.
Na pewno kilka zdjęć w życiu zrobiłem inspirując się Rosłanem Lubanowem, chyba głównie dlatego że dzięki typowym dla niego zdjęciom pięknych modelek, starych auta i świetnych kadrów miejskich zyskał taką sławę. Teraz z punktu pewnej dojrzałości fotograficznej mogę śmiało stwierdzić że jest to tanie granie. Coś w rodzaju disco. Łatwo się przy tym rozerwać, stać się znanym, ale ambitnych przekazów w tym brak. Więc obecnie jedyną inspiracją w mojej fotografii jest przekaz. A to już nie jest łatwe. Nie interesują mnie zdjęcia modelek w typowych pozycjach „na apap” – jak
ból głowy, gdzie modelka w nienaturalny sposób opiera głowę o rękę albo „na nospę”, gdzie w nienaturalny sposób się zwija. Mam wiele ciekawych określeń na takie pozy, ale za długo by o tym mówić. Przekaz przez obraz lub przez emocje jest miodem dla mych oczu.

 

Niedawno we wrocławskiej Galerii OKO była prezentowana wystawa Pańskich prac
zatytułowana „Bezmoc”. Dlaczego taki tytuł?

Prócz moich początków w fotografii, gdzie zrobiłem pierwsze serię zdjęć pod tytułem „Ogród” nigdy konsekwentnie nie budowałem żadnej serii zdjęć, co było błędem. O tym, że to błąd dowiedziałem się od mojego doświadczonego znajomego Mariusza Janiszewskiego, którego tak naprawdę znam z czasów, kiedy żaden z nas nie był jeszcze fotografem. Miałem ten fart, że pracowaliśmy razem. Po latach przerwy okazało się, że obaj zostaliśmy fotografami. Ja w jego przypadku się nie zdziwiłem, ale on w moim był bardzo zaskoczony. Do ostatniej wystawy w Galerii OKO zostałem zaproszony przez Rolanda Okonia. Muszę przyznać że byłem sceptyczny do tego pomysłu, ale ponieważ w moich korzeniach jest Wrocław, zgodziłem się. Wystawę skompletowałem ze zdjęć z mojego archiwum. Wybrałem takie najtrudniejsze, takie niezbyt ładne. Tytuł wziął się z przemyśleń i wspomnień na temat komentarzy jakie ludzie zamieszczali pod publikowanymi zdjęciami z lat 2013-2016. Często czytałem te komentarze i ogarniała mnie „bezmoc” w stosunku do tego, jak ludzie komentują zdjęcia i w jaki sposób odnoszą się do osób, które mi pozowały. Muszę przyznać że bywa to przykre. Dodatkową prowokacją z mojej strony przy wystawie było zrobienie odbitek, a nie wydruków. Odbitki były małe – zmuszały do podejścia praktycznie face to face. Dzięki temu inne obrazy nie zakłócały odbioru. Taki zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę pod względem komercyjnym. Wiele odbitek się sprzedało.

 

Prezentowane zdjęcia są nieoczywiste. Zmuszają do zatrzymania się. Do chwili namysłu.
Jakie emocje chciał Pan wzbudzić w odbiorcy? Do jakich przemyśleń chce Pan zmusić
odbiorcę?

Zawsze do pozytywnych, ale w rzeczywistości tak nie jest. Z biegiem czasu i pewnych analiz doszedłem do wniosku że ludzie tłumaczą sobie fotografię na podstawie tego co sami mają w głowie. Każdy nakłada własne filtry, niektórzy patrzą na wszystko przez różowe okulary, a niektórzy widzą wszystko w czarnych barwach. Nie da się, i nikomu jeszcze się nie udało, zrobić fotografii, która wzbudza identyczne poczucie smaku w odbiorze. Moim celem jest zatrzymanie odbiorcy przy zdjęciu, zmuszenie do myślenia. Dlatego nie nadaje tytułów zdjęciom, to pole pozostawiam odbiorcy, by nie kierować moim tokiem rozumowania, tylko dać mu swobodę interpretacji.

Zdjęcia wykorzystane za zgodą autora.

Więcej zdjęć znajdziecie na instagramowym profilu Michała Buddabara